Wpisy dotyczące szeroko pojętego SEO, SEM i e-Marketingu

Modele atrybucji, czyli sprawdź, czy dobrze wydajesz pieniądze

W dobie powszechnej cyfryzacji każda firma dysponuje dziesiątkami potencjalnych kanałów dotarcia do klienta. Trudność polega na tym, że nie każda komunikacja skutkuje odczuwalnym sukcesem sprzedażowym, każda za to generuje koszty. Czy jest jakiś sposób na to, by sprawdzić skuteczność działań marketingowych? Oczywiście, że jest. Jedną z odpowiedzi są modele atrybucji, czyli praktyka śledzenia i wyceny wszystkich punktów stykowych (touchpoint) marketingu, które prowadzą do pożądanego wyniku. Bazuje na potężnej kombinacji algorytmów predykcyjnych i zintegrowanych analiz.

Gdzie znaleźć można atrybucję w praktyce?

W ciągu ostatnich dwóch lat Google stworzył solidne podstawy w atrybucji Multi-Channel Funnels i Attribution Model Comparison Tool w Google Analytics (oraz dodatkowe narzędzia do AdWords i sieci reklamowej Google). Obecnie poszerzane są możliwości atrybucji z Data-Driven Attribution w Google Analytics Premium – za pomocą modeli algorytmicznych i zestawów raportów mających na celu przewidywanie atrybucji.

Jak to działa?

Model Data-Driven Attribution jest aktywowany przez porównanie konwersji dla ścieżek zakupowych i prawdopodobieństwa związanego z konwersją zdarzeń występujących w odpowiedniej kolejności. Różnice w strukturze ścieżki oraz w prawdopodobieństwie konwersji są podstawą dla algorytmu, który oblicza wagi kanałów marketingowych. Im większy wpływ na prezencję kanałów marketingowych ma prawdopodobieństwo konwersji, tym większa jest waga tego kanału w modelu atrybucji.

Co to konkretnie oznacza dla reklamodawcy?

Data-Driven Attribution w Google Analytics Premium pozwala na analizę drogi klienta do produktu, niezależnie od efektów tej podróży. Umożliwia pomiar wielkości sprzedaży i liczby konwersji. Zapewnia wgląd w to, jak użytkownicy korzystają i jak dotarli do witryny. Metodologia modelowania Google oparta jest na statystykach i zasadach ekonomicznych. Automatycznie przypisuje wartości do touchpointów marketingowych, czyli kontaktów klientów z produktem. Dzięki temu możliwa jest ocena przydatności kanałów reklamowych, a nawet słów kluczowych i weryfikacja nakładów na poszczególne działania marketingowe. Co ciekawe, system monitoruje, czy cele kampanii (np. kierowane do określonej strefy geograficznej, odpowiedni czas) są spełnione i czy treści nie są umieszczane w niewidocznych obszarach strony.

Skutki, czyli zalety Data-Driven Attribution.

Model automatycznie rozdziela środki na różne kanały marketingowe, ale automatycznie wcale nie oznacza, że dzieje się to w sposób przypadkowy czy bezmyślny. Użytkownik ma możliwość zdefiniowania własnych miar sukcesu, takich jak np. liczba transakcji typu e-commerce. Model jest dostosowywany i regularnie odświeżany w oparciu o dane. Dzięki unikalnemu narzędziu: Model Explorer, użytkownik ma pełen wgląd i możliwość zrozumienia działania modelu, jak i sposób obliczania wartości touchpointów. Warto zwrócić uwagę na niezwykle czytelne i proste w obsłudze funkcjonowanie tego narzędzia: dane są jasne i podlegają dowolnemu sortowaniu i analizie – wszystko po to, by wskazówki były realnym wsparciem.

Podsumowując, czyli dlaczego polecam?

Data-Driven Attribution to szansa na ustalenie optymalnego budżetu akcji marketingowych. Modelowanie nieliniowe pozwala dostosować i poprawić skuteczność kampanii w całościowy i dokładny sposób. Ponadto raporty ukazują jak poszczególne kanały wpływają na siebie, co daje pełen obraz prawdziwej wartości każdego kanału. Co ważne, dowiadujemy się w ten sposób, które taktyki w kampanii nie są skuteczne i należy je zmienić bądź udoskonalić, aby dotrzeć do konsumenta.

A to już prosta droga do sukcesu!

 

 

Google Partners Connect w ISPRO – relacja

Swatanie postrzegane jest różnie, jednak jeśli jesteśmy więcej niż pewni, że relacja ma szanse na sukces, ponieważ strony łączy podobny światopogląd, zainteresowania i cele biznesowe, dlaczego by nie spróbować? W ostatni czwartek ISPRO podjęło próbę połączenia dwóch ważnych inicjatyw: z jednej strony firmy Luxoft, naszego strategicznego klienta, z drugiej światowego potentata – Google,  dla którego jesteśmy dumnym „Partnerem”. Pretekstem do spotkania było AdWords – reklamowe oblicze Google.

23 października stolica na chwilę wróciła do Krakowa, bo to właśnie tu zorganizowaliśmy transmisję konferencji z udziałem specjalistów Google, którzy tłumaczyli, dlaczego współczesny biznes nie ma szans na przetrwanie bez AdWords. Jako partner Google mieliśmy możliwość zaproszenia dowolnych gości do wspólnego oglądania i komentowania projekcji – postawiliśmy na naszego strategicznego klienta. Interesy naszych klientów są naszymi interesami, dlatego w trosce o reklamową kondycję zaprzyjaźnionej firmy, wyszliśmy z inicjatywą wspólnego czerpania marketingowych i internetowych korzyści płynących do nas ze streamingu przygotowanego przez ekipę Google Partners.

Spotkanie było kameralne, ale profesjonalne – dyskusja na temat faktów i mitów związanych z reklamowaniem za pomocą AdWords, marketingowych możliwości i roli wyszukiwarki w budowaniu pozycji firmy przybrała wyższą temperaturę. Dyskusja po spotkaniu to jednak dopiero początek zgłębiania tajników AdWords – przedstawiciele firmy otrzymali od nas materiały informacyjne oraz obietnice wsparcia przy dalszym, dogłębnym studiowaniu zasad i korzyści płynących ze stosowania AdWords.

Przedstawiciele klienta uzyskali przydatną wiedzę, ISPRO zyskało wdzięczność klienta za pamięć i organizację spotkania – w podtrzymaniu relacji jest to bezcenny zysk. Jesteśmy wdzięczni Google za pretekst do zorganizowania tego wydarzenia (że o wdzięczności za AdWords nie wspomnimy nawet).

Polecamy się na przyszłość i zachęcamy do obejrzenia zdjęć ze spotkania.

Google Partners Connect – reklama Adwords obnażona

O tym, że Google potęgą jest i basta, przekonywać Was nie muszę. Wiecie doskonale, jak ważna jest pozycja w wyszukiwarce, wiecie też pewnie, że obecność tam nie musi być tylko efektem przypadku – to może i powinien być skutek przemyślanych i zaplanowanych działań, rozłożonych w czasie dla określonych grup odbiorców. W tym momencie wchodzimy na grunt reklamy Adwords w Google, które to narzędzie stanowi aktualnie podstawę wszelkich strategii promocyjnych w sieci wyszukiwania. AdWords może być biznesowym sprzymierzeńcem każdego przedsiębiorcy, jeśli tylko pozna on tajniki reklamowania się za pomocą tego rozwiązania. Jeśli interesuje Was ta jedna z najskuteczniejszych form dotarcia do klientów – dotrzyjcie na konferencję, której współorganizatorem jest również ISPRO.

Już 23 października tajemnice AdWords przedstawią Wam specjaliści z Google – czyli źródło najpewniejsze z pewnych. Przygotujcie się na ogromne ilości informacji, które na zawsze zmienią Wasze podejście do reklamy, promocji, a nawet funkcjonowania firmy. Jeśli tylko jesteście gotowi na rewolucję – zarezerwujcie sobie czas 23 października. Gwarantujemy merytoryczną, twórczą dyskusję w kreatywnym gronie. Prawie 300 agencji, będących członkami programu Google Partners, to nieprzebrane źródło inspiracji i możliwość wymiany doświadczeń. O godzinie 10:00 ruszy lawina, a Wasze spojrzenie na biznes nigdy już nie będzie takie samo.

 W konferencji Google Partners Connect wezmą udział m.in.:


Artur Waliszewski
Regional Business
Managing Director CEE

Przemysław Modrzewski
Senior Analytical Lead

Dawid Papież
Retail Industry Manager
Jako szef polskiego Google, jest odpowiedzialny za określanie i wdrażanie strategii rozwoju działalności biznesowej Google w Polsce, a także w pozostałych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wcześniej pełnił funkcję członka zarządu największej polskiej firmy internetowej Onet.pl. Jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Jeden z pierwszych w Polsce
certyfikowanych trenerów Google AdWords. Prelegent na studiach ALK i SWPS. Autor książek „Google AdWords w praktyce” i „Reklama w Google dla małych i średnich przedsiębiorstw” i wielu artykułów z zakresu marketingu internetowego.
Absolwent Uniwersytetu
Ekonomicznego w Krakowie. Zanim trafił do Google pracował w branży technologii mobilnych. W Google od 2010 roku. Obecnie należy do zespołu obsługującego sektor handlu detalicznego. Na co dzień doradza, jak tworzyć skuteczne strategie w obszarze marketingu online.

Znikanie z wyszukiwarki – nie tylko dla magików

Jeśli oczekujecie kolejnego posta o pozycjonowaniu – zmieńcie kanał, posty poświęcone walce o dobre miejsce w wynikach wyszukiwania czekają na Was u Piotra. Albo może nie zmieniajcie, bo pewne rzeczy lepiej wiedzieć, chociażby na zapas i wszelki wypadek. Na przykład: co zrobić, jeśli nie tylko nie chcecie być pozycjonowani wysoko w Google, ale wręcz nie życzycie sobie być tam wcale? Sytuacje, kiedy taka chęć jest więcej niż uzasadniona, zdarzają się naprawdę często.

W 2010 roku pewien Hiszpan złożył skargę w agencji ochrony danych AEPD. Efektem skargi było orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE, które zagwarantowało wnioskodawcy pierwsze w historii czyszczenie zasobów Google z informacji na jego temat. Chodziło konkretnie o doniesienia na temat licytacji domu owego Hiszpana za długi. Ten przykry proceder miał miejsce 16 lat wcześniej, jednak dla wyników wyszukiwania Google nie stracił na aktualności i skutecznie psuł wizerunek biednego człowieka, który pospłacał wszystko już dawno i wyszedł na prostą. Zasądzone czyszczenie nastąpiło i zapoczątkowało erę walki o anonimowość.

Niemożliwe stało się możliwe: 13 maja roku bieżącego Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że Google MUSI usuwać z wyników wyszukiwania linki dotyczące danych osobowych osób prywatnych, jeśli zechce tego sam zainteresowany, a dotyczące go informacje są „nieistotne lub nieaktualne”. Wyrok dotyczy krajów UE, a także Islandii, Norwegii, Liechtensteinu i Szwajcarii. Oczywiście widzimy wszyscy, jak dyskusyjna jest treść zalecenia. Bo co to właściwie znaczy „nieistotne lub nieaktualne”?

Za portalem wirtualnemedia.pl przedstawię przykłady wniosków o usunięcie informacji z Google:

Za portalem wirtualnemedia.pl przedstawię przykłady wniosków o usunięcie informacji z Google:

Z Wielkiej Brytanii trafiła do Google prośba od urzędnik o usunięcie linku do petycji organizacji studenckiej, domagającej się jego usunięcia. Linki nie zostały usunięte.

Z Niemiec ofiara gwałtu złożyła prośbę o usunięcie linku do artykułu prasowego o tej historii. Strona została usunięta z wyników wyszukiwania.

Również z Niemiec trafiła prośba o usuniecie niemal 50 linków do artykułów o prywatnej korespondencji, która przedostała się do wiadomości publicznej. Strony zostały usunięte z wyników wyszukiwania.

Zaledwie kilka dni temu, na spotkaniu w Warszawie, przedstawiciele Google przyznali, że otrzymali już 135 tys. wniosków o usunięcie informacji na temat osób prywatnych. Niemal 15 tys. pochodziło z Polski. Prawie 4 tys. próśb zostało rozpatrzonych na korzyść wnioskodawcy.

Do tej pory Google utrzymywał, że usuwanie czegokolwiek to cenzura. Teraz już myśleć tak nie mogą, a na pewno nie na terenie Unii Europejskiej. Co więcej, to dopiero początek: władze UE chcą sprawę uregulować prawnie – i to szybko. Jak na razie wiadomo tylko tyle, że prawo do prywatności, a więc i do „bycia zapomnianym” niebezpiecznie staje w opozycji wobec prawa do informacji. Innym problemem jest tempo prac w instytucjach UE.  Komisarz Viviane Reding apelowała o ich przyspieszenie, tak by mogły zacząć obowiązywać już w przyszłym roku. W toku prac w Parlamencie Europejskim zgłoszono do projektu ponad 3,5 tys. poprawek.

Tymczasem sprawy przybierają obrót dla Google niekorzystny również po drugiej stronie oceanu. Głośna sprawa wycieku rozbieranych zdjęć gwiazd i gwiazdek z serwisu iCloud dotyczy bowiem obecnie też Google – zdaniem niektórych pokrzywdzonych pań wyszukiwarka nie powinna „pozwalać” na wyszukiwanie tych zdjęć. Nie powinny się one pojawiać na Blogspocie, a już na pewno nie w towarzystwie reklam, na których Google zarabia. Prywatność jest obecnie w cenie, więc sprawa skończyć się może procesem.

Co zrobić, jeśli chcemy zniknąć? Procedura jest banalna: osoby, które chcą złożyć wniosek o usunięcie wybranych wyników wyszukiwania, proszone są o podanie linku lub linków, które chcą usunąć z listy wyszukiwania. Następnie muszą podać swoje imię i nazwisko, adres e-mail i przesłać kopię dokumentu ze zdjęciem, a także wyjaśnić, jaki związek podane strony mają z nimi i dlaczego ich zdaniem mieszczą się w kryteriach podanych przez unijny trybunał. Robimy to wszystko na stworzonej w tym celu stronie internetowej.

Warto pamiętać, że jest taka opcja, ale wypada też mieć na uwadze, że przed skutkami niektórych działań w sieci – takich jak przesyłanie rozbieranych zdjęć – UE nie zawsze nas uratuje.

 

 

 

On-site optimization: zaklęcia przy optymalizacji SEO.

Do wpojonego w dzieciństwie zestawu magicznych słów z „proszę” na czele, każdy administrator czy twórca strony internetowej, któremu jej pozycja w wyszukiwarce nie jest obojętna, powinien dodać jeszcze kilka słów-wytrychów (elementów tzw. on-site optimization). Są takie programistyczne zaklęcia, które otwierają możliwość walki o top10 w Google – dziś poznamy przynajmniej kilka z nich.

1. W3C – The World Wide Web Consortium – organizacja, która stworzyła wytyczne dla strony głównej i podstron serwisów. Trzymanie się tych wytycznych to podstawa sukcesu strony. Nie wiesz, czy Twoja strona spełnia wymagania? Zawsze możesz to sprawdzić dzięki dostępnym w internecie walidatorom dla kodu HTML i dla kodu CSS.

2. DOCTYPE – kodowa deklaracja technologii wykonania strony. To z deklaracji DOCTYPE przeglądarka dowiaduje się, z jakim typem dokumentu ma do czynienia. Deklaracja po prostu musi znaleźć na stronie i musi odpowiadać rzeczywistości. W przypadku HTML5 wystarczy <! DOCTYPE html>. Dlaczego przywołuję HTML5…? Ponieważ…

3. HTML5 – język, zgodnie z którym powinna być zbudowana nowoczesna strona. Należy pamiętać, że użyty system znaków powinien zostać przez stronę zasygnalizowany: dla HTML5 będzie to <meta charset=”UTF-8″/>. Wszystkie niestandardowe znaki powinny zostać zakodowane poprzez tzw. encje html-owe (np. £ to &pound).

4. <table> – znacznik przydatny wyłącznie przy przedstawianiu danych tabularycznych. Nie powinien być w żadnym razie stosowany do budowania struktury czy layoutu strony. Skoro zaś mowa o budowie strony: nie należy na tym etapie stosować elementów graficznych (takich jak przeźroczyste gify) do kontrolowania wysokości czy szerokości. Elementy graficzne nie powinny też być stosowane jako nawigacja.

5. <meta name=”description”…> – znacznik zawierający opis strony. Powinien się znaleźć na każdej podstronie.

6. <label>, czyli etykiety. Przydatne rozwiązanie do kontroli i opisu pól formularzy.

7. <title> – niezwykle ważny znacznik, który na każdej stronie prezentuje pozycjonowane frazy. Najważniejsze na początku wyliczanki, bardziej ogólne dalej. Maksymalnie 70 znaków ze spacjami.

8. <meta name=”keywords”…> – znacznik służący do wyodrębnienia występujących na stronie słów kluczowych. Warto pamiętać, że ilość powtórzeń danego słowa kluczowego na danej podstronie to maksymalnie 2-5% z odmianami w stosunku do całej treści (bez kodu).

9. Nagłówki <h1>,<h2>,<h3>… – nagłówki zawierające słowa kluczowe i ich odmiany. <h1> powinien składać się z dwóch-trzech słów, pozostałe mogą być dłuższe.

10. <londesc> – atrybut, który powinien się pojawić, jeśli umieszczamy na stronie element graficzny z długim opisem. Należy pamiętać, że opisy atrybutów graficznych są ważne – powinny zawierać słowa kluczowe.

Te dziesięć elementów optymalizacji (on-site optimization), które przywołałem, przydaje się stronom dbającym o pozycję.  Wiadomo, że to tylko dziesięć pojęć z morza haseł istotnych w SEO, co więcej, każde jest jedynie zasygnalizowane. Zachęcam do samodzielnej dalszej eksploracji tematu pozycjonowania, niedługo postaram się pomóc nowym postem:).

Elementarz SEO, czyli co wpływa na pozycję strony w Google

Pozycjonowanie strony to działanie wymagające precyzji – liczy się tu każdy szczegół. Pozycja strony w Google to ostatni etap pracy i jej zwieńczenie – początkiem jest strona internetowa, która powinna spełniać pewne warunki, by trafić w wyrafinowane gusta Google. W kilku najbliższych postach, od dzisiejszego począwszy, chciałbym przybliżyć podstawowe zasad skutecznego budowania pozycji w Google od podstaw.

Czytaj dalej

Jeśli nie Google to… alternatywne źródła ruchu na stronie

O różnych sposobach zaprzyjaźniania się z Google pisałem już kilkakrotnie, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej znane wyszukiwanie semantyczne. Warto czasem jednak zastanowić się, w jaki inny sposób zadbać można o odpowiedni ruch na stronie. Czy są na to jakieś sposoby inne niż próby przechytrzenia wszechmocnego Google? Nawet kilka! Czytaj dalej

Google Plus a wsparcie dla SEO i SEM

Z jednej strony dużo się mówi (szczególnie jeśli jest się Google) o pozytywnym wpływie aktywności w Google+ na pozycjonowanie stron. Z drugiej strony, sceptycy zarzucają Google+ niszowość i patrząc na statystyki trudno z nimi dyskutować. Co należy w związku z tym zrobić? Zrezygnować z działalności na tym portalu czy dostrzec profity niewidoczne na pierwszy rzut oka? Stawiamy na opcję drugą: Google+ przydaje się w SEM, tylko trzeba umiejętnie podejść do sprawy. Nawet językowo sprawa jest przewrotna: Google+ wspiera działania SEM przede wszystkim poza Google+.  Brzmi niewiarygodnie? Za chwilę przestanie.

1. Katapultą wystrzeliwującą aktywność z Google+ w przestrzeń znacznie bardziej interesującą jest +PostAds, czyli format reklamowy zaprzyjaźniony nie tylko z Google+, ale każdym miejscem, w które sięgają macki AdSense. Nic za darmo, oczywiście. Aktywność na G+ kierowana do minimum 1000 followersów. Na Google+ to poważne wyzwanie, ale gra jest warta świeczki. Przy zaawansowanej liczbie fanów (aktywnych fanów!) kampania +PostAds to prawdziwy pogromca wyszukiwarek. Jedyny minus: problemem może być niestety zebranie stosownego audytorium.

2. Kto pierwszy ten lepszy, ale ilość też ma znaczenie. Każdy post publikowany na Google+ to unikalny URL, który zostaje przez Google zaindeksowany z prędkością światła. Oczywiście, nikt nie może zagwarantować, że to indeksowanie wrzuci nas na dobrą pozycję. Zawsze jednak można spróbować oszukać przeznaczenie i jeden link publikować kilkakrotnie, pozornie zmieniając content. Raz z tekstem, raz ze zdjęciem, może z filmikiem. Sztuczny tłok to w tym wypadku zjawisko pożądane i działające na naszą korzyść.

3. Wyszukiwanie semantyczne. Prawdopodobnie złoty gral speców od SEO w ostatnim czasie. Sam całkiem niedawno przybliżałem praktyczny aspekt wyszukiwania semantycznego. Do znudzenia powtarza się: Google bada nie słowa kluczowe, ale relacje. Relacje między słowami czy między stronami głównie, ale też relacje w szerszym znaczeniu, w takim znaczeniu, jakie kojarzyć należy z portalami społecznościowymi. Zaangażowanie odbiorców w temat, czyli ważność tego tematu, czyli ranga naszej strony – to wszystko można odmierzać za pomocą popularności na Google+. Dzięki społecznościowemu ramieniu Google możemy się wyszukiwarce przedstawić, pokazać powiązania, jakie mamy w sieci i znaczenie naszej aktywności. Tak, w ten sposób możemy zasugerować Google’owi, że powinien nas szanować. A przecież o to w SEO chodzi przede wszystkim.

Skoro już wiemy, że na pogardzanie Google+ nie może sobie pozwolić nikt, kto odpowiada za SEM, przypominam, że opublikowaliśmy już na blogu wskazówki dla przedsiębiorców dotyczące prawidłowego urządzenia się na Google+. Sprawa warta odświeżenia, choć efektów działań szukać należy daleko od samego serwisu i chwilę na nie poczekać.

 

 

Odbiorca – najważniejszy element content marketingu

Unikalny, wartościowy content to podstawa w Internecie – bez względu na to, czy celem jego tworzenia jest pozycja w wyszukiwarce czy lajki na Facebooku. O tym, że Google preferuje interesujące, nowe treści, pisałem już przy okazji omawiania praktycznego aspektu wyszukiwania semantycznego. 

Skuteczność content marketingu uzależniona jest od dopasowania treści do potrzeb i zainteresowań odbiorców. Banał? Banał, ale do niedawna trudny do przełożenia na konkretne, skuteczne działania.  Do niedawna, bowiem wzrasta ilość narzędzi ułatwiających poznanie odbiorcy, a co za tym idzie  – opracowywanie treści odpowiednio ukierunkowanych.

Audience Insights – za tymi słowami kryje się spełnienie marzeń wielu marketerów. Facebook postanowił przybliżyć twórcom treści ich odbiorców, co z jednej strony pozwala ich poznać, z drugiej zaś skuteczniej targetować reklamy. Nie jest to opcja dostępna dla wszystkich – na razie wymaga angielskiej lub amerykańskiej wersji serwisu, podobno też udostępniana jest przede wszystkim użytkownikom inwestującym w reklamy, czyli najbliższym przyjaciołom Marka Z.

Co tam znajdziemy? Płeć, wiek, wykształcenie, lokalizację – wiadomo. Ciekawsze jest raczej udostępnienie danych o zwyczajach użytkowników, dzięki czemu będziemy wiedzieć, jaką formę reklamy zastosować, czy komunikujemy się z użytkownikami urządzeń mobilnych czy nie. Informacje o odbiorcach coraz bardziej przypominają pełny profil psychologiczny, mapę kontaktów i upodobań – to nam pozwoli z chirurgiczną precyzją dopasować post do targetu, co pozwoli na najbardziej efektywne wykorzystanie środków na reklamę.

Ale: nie samym Facebookiem marketer żyje. Dla mnie podstawowym obiektem zainteresowań jest strona internetowa jako nośnik danych, sposób komunikacji, przede wszystkim zaś forma marketingu, czyli pozycjonowanie budowane na skutecznej treści. Tu też można liczyć na pomoc – Google Analytics dostarcza nam dane analogiczne do tych, które oferuje nowa funkcja Facebooka.

Od danych demograficznych po zachowania społecznościowe – wszystko to daje nam na tacy narzędzie Google. Korzyści z tego są wielorakie:

  • możemy się dowiedzieć kim są nasi odbiorcy i kierunkować na nich treści, tak, by jak najlepiej odpowiadały ich oczekiwaniom
  • możemy kierunkować nasz przekaz do konkretnych grup tworząc reklamy
  • możemy kontrolować skuteczność działań, czyli badać, czy profil odbiorców zmienia się zgodnie z naszymi oczekiwaniami

Na co warto zwrócić uwagę: przede wszystkim na wszelkie dane dotyczące zachowań użytkowników, które mogą lub powinny wiązać się z funkcjonowaniem strony. Na przykład: ile osób wchodzi na Twoją stronę korzystając z urządzeń mobilnych? Tak wielu czy tak niewielu? Może warto się zastanowić, czy Twoje strona jest przyjazna takim odbiorcom, może warto popracować nad jej mobilna odsłoną? Może własnie ta tradycyjna wymaga zmian?

Każdy pozytyw wynikający z danych dotyczących Twoich odbiorców, ale też każdy negatyw (zbyt mało młodych osób, użytkownicy z branży, która z punktu widzenia Twojej działalności nie ma potencjału…) to wszystko informacje na temat Twojej strony i Twojej aktywności. Najwyraźniej Twoje treści przyciągają takich, a nie innych odbiorców. Nie Twój target? Zmień strategię. To jedyny sposób, by wpłynąć na profil odbiorców, popularność strony i najczęściej – Twoje zyski.

Zachęcam do wnikliwej analizy statystyk, dla admina to najlepszy rachunek sumienia. Użytkownicy strony to zarówno cel, jak i papierek lakmusowy treści.

 

 

 

Wyszukiwanie semantyczne – co to oznacza w praktyce?

Wyszukiwanie semantyczne to jedno z haseł modnych, nośnych i nie do końca jasnych. Temat zresztą nowy na tym blogu nie jest, pisałem o tym w kontekście polskich prac nad stworzeniem wyszukiwarki semantycznej.

Każdy wie, że wyszukiwanie semantyczne istnieje, każdy wie, że zmienia wszystko w SEO. Tylko jak? Z pewnością słowa kluczowe już nie liczą się tak, jak kiedyś. Na pewno powiązania liczą się bardziej niż pojedyncze wyrazy. Podobno należy zacząć Google traktować jak człowieka i pisać pod kątem żywego odbiorcy. Mówią, że we wszystko trzeba zaangażować Google+.

Tak, wszystko to prawda, tylko jak z tych ogólników zbudować strategię SEO?

Czytaj dalej

Wyróżnienia w tekście – czy dla SEO ma to znaczenie?

Pozycjonowanie – słowo, które spędza sen z powiek wszystkim chyba administratorom stron internetowych. Szczególnie tym, dla których internet jest podstawowym kanałem dotarcia do klienta, więc pozycja w wyszukiwarce to konkretne pieniądze, które się ma lub nie. Niektóre rozwiązania mają oczywisty, pozytywny wpływ na SEO – pisałem o tym chociażby w kontekście pozycjonowania stron małych, lokalnych przedsiębiorstw. Wiele jest jednak sztuczek innych, które są powszechnie uważane za skuteczne. Czy są takie w rzeczywistości? Na pierwszy ogień idą klasyki: pogrubienie i kursywa, czyli wyróżnienia w tekście jako winda do nieba SEO. Fakt czy mit?

Boldowanie polecane jest przez większość „ekspertów SEO”, choć nie ma dowodów potwierdzających skuteczność tego zabiegu. SEOMoz, najbardziej wiarygodne źródło wiedzy, w swoim publikowanym co dwa lata raporcie na temat technik pozycjonowania, z powodu braku twardych danych nie mogli jednoznacznie ocenić przydatności pogrubienia. Jednocześnie nie mogli tego tematu całkowicie przemilczeć: zapytali o opinię specjalistów, którzy na zasadzie komentarza eksperckiego, ręcząc swoim autorytetem, a nie wynikami pomiarów, ocenili skuteczność boldowania. Pogrubienie zostało przez nich sklasyfikowane na szarym końcu listy najskuteczniejszych technik SEO. Czyli niby jest uznawany za przydatny, a jednak trudno powiedzieć, jak bardzo.

Większość argumentów popierających boldowanie zbudowanych jest na założeniu, że algorytmy Google coraz bardziej zbliżone są do metody czytania właściwej ludziom. Oznacza to, że wyróżniki w tekście są dobre, bo zwracają uwagę na najważniejsze zagadnienia, a więc sprawiają, że tekst jest bardziej przyjazny czytelnikowi, zarówno ludzkiemu, jak i googlowemu. Niektórzy eksperci idą krok dalej i sugerują, że teksty o zróżnicowanej budowie, z wyraźną strukturą i wyróżnikami sprawia wrażenie tekstu naukowego, a Google ceni publikacje o charakterze edukacyjnym. Prawda czy fałsz? Jeden Google wie.

Za stosowaniem wyróżnienia w tekście przemawiają argumenty nie wprost. Nawet jeśli samo boldowanie nie sprawi, że w wyszukiwarkach poszybujemy o setki pozycji, to z pewnością ułatwi czytelnikowi – już ludzkiemu – obcowanie ze stroną. Wypunktowanie, numeracja, kursywa czy pogrubienie, sprawiają, że tekst – każdy tekst – nabiera harmonii, czyta się łatwiej, a więc przyjemniej i chętniej. Czyli jak już przyciągniemy odbiorcę – ze wsparciem Google lub przypadku – przywiążemy go do strony czy zachęcimy do zapoznania z ofertą  szybciej tekstem czytelnym niż potokiem identycznych liter.

Czyli: jeśli nie widzisz sensu boldowania dla Google, zrób to dla swoich odbiorców, którzy na pewno nie chcą brodzić w zalewie tekstu. Jednocześnie pamiętaj – również z myślą o czytelnikach – że nadmiar pogrubienia odstrasza i zniechęca.  Czyli umiar, Szanowni Państwo, zawsze umiar i rozsądek, w boldowaniu też. Nie zaszkodzi, może pomoże, spróbować warto.

 

Słowa kluczowe – podstawa skutecznego SEO

Analiza słów kluczowych to być albo nie być strony internetowej i podstawa każdej skutecznej kampanii SEO lub SEM. W dużym skrócie jest to próba znalezienia słów i fraz, za pomocą których potencjalni klienci Waszych firm mogą przeszukiwać internet i planowanie działań, które sprawią, że wszystkie wyszukania zawiodą tych klientów na Wasze strony. Dziś nas szczególnie interesuje ten drugi aspekt, czyli jak skutecznie analizować i wykorzystywać słowa kluczowe.

Podstawą skutecznej analizy SEO jest uświadomienie sobie, że słowa kluczowe traktować można szeroko (ogólnie) lub wąsko (specjalistycznie), czy – jak wolą niektórzy – na zasadzie krótkiego lub długiego ogona. Innymi słowy: ogólne słowa kluczowe przynoszą więcej wyszukań miesięcznie, jednak to wyszukiwanie według wąskich kryteriów przynosi wyszukania lepszej jakości. Szeroko znaczy więc efektownie, wąsko zaś – efektywnie, w końcu jakość ruchu na stronie ma znaczenie podstawowe.

Jak zacząć?

Jest wiele narzędzi, które mogą pomóc w skutecznej analizie słów kluczowych, jednak na dobry początek zupełnie wystarczy sprawdzona i wszystkim znana wyszukiwarka Google. Na przykład – wpisujemy szerokie pojęcie „mieszkania” i przyglądamy się wąskim uściśleniom tego terminu, bardziej szczegółowym frazom sugerowanym nam przez Google:

mieszkania wyszukiwanie

Oczywiście, sugerowanie się sugestiami Google jest skuteczne, jednak jest też czasochłonne. W zależności od skali potrzeb, zapasu czasu czy celu badania, korzystanie jedynie z tej metody może być wystarczające, jednak osobom spragnionym szybszych i łatwiejszych do uzyskania rezultatów  polecamy zastosowanie przeznaczonych do tego celu narzędzi, jak choćby system SEMrush – z ostatnio wdrożonymi aktualizacjami pod kątem wyszukiwarki Google w wersji polskiej. Opisywalismy już je we artykule o narzędziach analitycznych SEO roku 2013.

W stosowne okienko wpisujemy interesujące nas słowo i otrzymujemy listę fraz polecanych oraz masę przydatnych informacji.

semrush analiza frazy mieszkania

Narzędzie SEMrush pokazuje nam dwie listy. Z lewej widoczna jest lista fraz zawierających interesujące nas „mieszkania”. W wersji podstawowej widzimy cztery kolumny, kliknięcie na „Full raport” otwiera nam drogę do siedmiu, w których odnaleźć możemy, co następuje: sugerowane słowa kluczowe, miesięczną liczbę wyszukań, koszt kliknięcia w ramach kampanii Pay-Per-Click (PPC), wskaźniki dla konkurentów tej frazy w kampaniach PPC, liczbę wyszukań dla Google oraz linię trendu wyszukań w ciągu roku. Wszystkie dane zaprezentowane przez SEMrush możemy eksportować do pliku lub arkusza w programie Excel.

Po prawej stronie widzimy hasła powiązane ze słowem kluczowym. Mogą – lecz nie muszą – być to frazy wyszukiwane czy stanowiące początek zdania.Narzędzie SEMrush pozwala przeanalizowań każdą powiązaną frazę z osobna.

Z myślą o wyszukiwaniu organicznym.

Ilość sugerowanych słów kluczowych to poniekąd klęska urodzaju – spośród tysięcy fraz wybrac należy te, które naprawdę mogą się przydać. Jak to zrobić? Niezbędne narzędzie: zdrowy rozsądek. Spójrzecie na sugerowane frazy pod kątem Waszej strony i jej potrzeb. Zastanówcie się, które najtrafniej opisują Waszą ofertę. Pozostałych pod żadnym pozorem nie puszczajcie w niepamięć – słowa kluczowe należy zmieniać i urozmaicać, dlatego zawsze lepiej mieć spory ich zapas. Do usuwania zbędnych sugestii przydać się może filtr – narzędzie SEMrush jest gotowe wesperzeć nas w eliminacji nietrafionych pomysłów. Pamiętaj, że wybierasz słowa na stronę – jeśli masz ich kilka, jeśli mają podobny content – nie dubluj treści, bo sam sobie zaszkodzisz. Dobierając słowa kluczowe możesz kierować się ich popularnością, jednak często warto zwrócić uwagę na to, jak sie ma popularność danej frazy do jej skuteczności. KEI (Keyword Effectiveness Index) – wskaźnik efektywności słów kluczowych ma tu podstawowe znaczenie. Czasem naprawdę kiepskim pomysłem jest ślepe podążanie za tłumem i indeks KEI jest nam to w stanie udowodnić. Wskaźnik liczy się łatwo – to kwadrat ilości wyszukiwań podzielony przez ilość rezultatów. Jak każda uniwersalny wzór, wskaźnik KEI bywa błędny, jednak lepiej zwracać na niego uwagę, może w określonym przypadku zupełnie się nie myli i słusznie sugeruje odrzucenie danej frazy.

Ilu specjalistów od SEO, tyle dobrych rad – niektórzy twierdzą, że najważniejsze są unikalne i autorskie treści – a co za tym idzie wykorzystanie Google Autorship.  Dodatkowo Rich Snpippets Tools nazywane są przez niektórych specjalistów SEO „magicznym pociskiem” dla wyszukiwania. Google – a dokładnie Eric Schmidt, zdradził częśc tajemnicy wykorzystania profili G+ i to że strony ze znacznikami Google Authorship będą na wyższej pozycji niż te bez. Jednak powyższy wskaźnik wciąż daje wskazówkę, jak rozpocząć sortowanie słów kluczowych i na co należy kłaść nacisk, wybierając planowane słowa kluczowe.

Zakładmy, że lista słów kluczowych jest już wybrana i posortowana. Co dalej? Ostatni krok brzmi najprzyjemniej, choć wcale nie jest łatwiejszy od pozostałych. Należy napisać tekst na stronę. Najważniejsze w wykorzystaniu słów kluczowych jest to, by nie zwracać na nie przesadnej uwagi. Tekst ma być nie tyle skutecznie naładowany konkretnymi frazami, co zrozumiały i atrakcyjny dla czytelnika. A to juz jest poważne wyzwanie.